Na Zachodzie są już częścią społecznego krajobrazu. W Polsce dopiero zaczynają się ujawniać. Nadal pozostają zjawiskiem na pograniczu fantastyki. Część zazdrości im luksusu wolności i niezależności. Część odsądza od czci i wiary, wytykając egoizm i nastawienie na konsumpcyjny styl życia, pozbawiony wartości wyższych. O kim mowa? O "DINKSach".
DINKS (od angielskiego: double income no kids czyli podwójny dochód, brak dzieci) jest tym modelem związku dwojga ludzi, w którym nie przewiduje się miejsca dla dzieci. Przez ostatnie dziesięciolecia pojęcia rodziny i małżeństwa uległy pewnej modernizacji. Obowiązujący powszechnie patriarchat, powoli przechodził w stronę związków partnerskich. Pojęcie małżeństwa straciło też swoją cechę nierozerwalności, pewnego rodzaju wieczności i pewności jutra. Dzisiaj bardzo często młodzi ludzie z łatwością stwierdzają: zawsze można się rozwieść. Oczywiście, okazuje się nawet że wielokrotnie. Na te zmiany w postrzeganiu rodziny i małżeństwa wpływ miał cały postęp cywilizacyjny. Kobiety coraz rzadziej dobrowolnie decydują się na zostanie w domu i pilnowanie "ogniska". Kobieta przestała być tylko matką, chce być żoną, kochanką, świetnym pracownikiem. Socjologowie zwracają też uwagę na to, że rodzina jako, pewnego rodzaju, instytucja przekształciła swą rolę z produkcyjnej w konsumpcyjną. I w ten nurt wpisują się właśnie rodziny, żyjące w modelu "podwójny dochód, brak dzieci".
I nie dotyczy to tylko dziewczyn, czujących się bezpiecznie, żyjąc w związkach "na kocią łapę" ani wiecznych chłopców, którzy nie chcą dorosnąć. Dinksy to małżeństwa. Kobieta i mężczyzna żyją razem, zarabiają, często dużo, stawiają na karierę zawodową. Nie chcą odmawiać sobie niczego. Poza posiadaniem dzieci. Zdecydowanie deklarują, że przedłużanie rodu ich nie interesuje. Coraz częściej się tego nie wstydzą, mówią otwarcie i głośno. Jakie osoby decydują się na taki styl życia?
Decyzja o nieposiadaniu dzieci niesie ze sobą przyzwolenie na pozostanie dzieckiem na dłużej. Nie trzeba dorastać. Marzenia stają się bardziej realne, można sobie pozwolić na pasje, na bycie panem własnego czasu. To argumenty osób, które świadomie rezygnują z posiadania dzieci. W zamian otrzymują wolność, ale i... nie brakuje im lęków.
Statystyki wskazują, że co szósta polska para nie ma dziecka. Do niedawna o bezdzietności mówiło się najczęściej w kontekście bezpłodności, znacznie rzadziej - świadomego wyboru. Nasza kultura promuje - poprzez edukację, politykę, media, religię - tradycyjne wartości rodzinne, podkreślając szczególną rolę rodzicielstwa. W kontekście takiego przekazu bezdzietność, bez względu na przyczyny, postrzegana jest w sposób negatywny, jako coś "nienormalnego" czy "wstydliwego", a mimo to rośnie liczba osób deklarujących dobrowolną bezdzietność. Ile z nich boi się mieć dzieci, a ile " z pobudek altruistycznych" nie chce?
W co wierzą polskie dinksy i o czym marzą? A może - jak twierdzą złośliwi - u nas prawdziwych dinksów w ogóle nie ma i zjawisko jest tylko przejściową modą na to, by pożyć wygodnie, zanim zacznie się żyć tak jak wszyscy?
Brak zobowiązań
Justyna i Leszek. Mieszkają w pięknej kamienicy w niewielkim mieście, mają dwa samochody, dwa dochody, dwie pasje.
Leszek po godzinach znika w garażu, gdzie z kolegami oddaje się wspólnej pasji - muzyce. Justyna fotografuje. Pobrali się po studiach, są razem od czasów podstawówki. Wszyscy pytają, "kiedy dzieci?" Rodzice naciskają, znajomi, którzy już zdążyli się rozmnożyć również. Oni jednak ze spokojem odpowiadają: "Nie będziemy mieć dzieci". "Jakkolwiek dziwnie i okrutnie by to nie zabrzmiało, nie mam już miejsca na kolejną osobę do kochania - mówi Justyna. Leszek zajął całe moje serce, nie chce się nim podzielić z nikim, a i ja nie mam takiej potrzeby. Nie ukrywam, że jest nam wygodnie żyć właśnie w ten sposób - dodaje Leszek. " Nazwijcie mnie egoistą".
"Lubię wracać do cichego mieszkania - mówi Justyna. Parzę sobie herbatę, ubieram kapcie, siadam z książką pod kocem. To lubię. Nie chciałabym tego stracić. Wiem, jak wygląda życie z małymi dziećmi. Moje koleżanki nie mają czasu dla siebie. Prosto z pracy pędzą do domu: maż i dzieci muszą przecież coś zjeść, muszą mieć mamę, żonę - Ja nie pędzę. Po pracy moje życie zwalnia. Chcę mieć możliwość wyboru ? dom czy np. zakupy i kino. Nie chcę czuć przymusu robienia czegoś".
Wiele par myśli właśnie w ten sposób. Pasje, zainteresowania, wreszcie najzwyklejsza w świecie wygoda, popychają ich do takiego właśnie wyboru. Kobiety dinksy nauczyły się już nie reagować na pytania, współczujące spojrzenia koleżanek z pracy, ostentacyjnie gładzących się po okrągłych brzuszkach, również na ? często dość agresywne ? reakcje rodziny. W wypominaniu i upominaniu prym wiodą najczęściej babcie i starsze ciocie. Nie rozumieją takich wyborów. One wychodziły za mąż po to, żeby mieć dzieci. To była naturalna kolej rzeczy. No właśnie ? była.
Mąż Justyny dodaje, że denerwuje go społeczny relatywizm poglądowy. Z jednej strony piętnuje się rodziny wielodzietne, z drugiej krzywo patrzy się na bezdzietne małżeństwa. Te z wyboru oczywiście.
Chcemy po prostu żyć tak jak chcemy - mówi Leszek. Bez zobowiązań, bez konieczności odmawiania sobie czegokolwiek. Chcę mieć luksus świadomości, że jeśli nagle w sobotę w południe zachce mi się zobaczyć morze, to mogę wsiąść w samochód i pojechać do Trójmiasta, nie oglądając się na to czy moje dziecko ma katar i zastanawiając się jak zniesie podróż w obie strony.
I faktycznie, dinksy żyją tak, jak chcą. Pracują, rozwijają się, po pracy oddają się swoim pasjom: malują, piszą, wspinają się, czytają, podróżują. Żyją dla siebie. I to jest clou problemu. Każdy odmienny od powszechnie przyjętego stylu życia traktuje się jako zły, a jego przedstawicieli najłatwiej sklasyfikować jako egoistów. Można się zatem pokusić o stwierdzenie, że dla niektórych miłość wiąże się bezpośrednio ze stanem posiadania, jest warunkowa. A dzieci wymagają tej bezwarunkowej bez względu na wszystko. Być może zatem część dinksów nie jest po prosu zdolna do miłości innej niż ta partnerska? Być może niektórzy się boją, odpowiedzialności, utraty niezależności Powodów jest tyle, co par.
Popyt i podaż
Tymczasem DINKS jako grupa społeczna są bardzo łakomym kąskiem dla reklamodawców. Ich zdecydowana większość mieszka w dużych miastach, to głównie dla nich i singli powstają wielkie centra handlowe. Dobra luksusowe są kierowane głównie do nich. Oczywiste jest, że rodziny z dziećmi najczęściej nie mogą sobie pozwolić na luksusowe zbytki. Ci pierwsi kupują zdecydowanie dla siebie, wydają zarobione pieniądze myśląc głównie o swoich potrzebach, marzeniach, czy też po prostu zwykłych zachciankach. Rodzice raczej odmawiają sobie, żeby dać dzieciom. Często z konieczności, ale nie zawsze.
Niejako w opozycji do kiełkującego stylu życia bezdzietnego, pojawiła się w polskich mediach kampania społeczna, mająca w swoim założeniu walczyć z niskim przyrostem naturalnym. Mogliśmy oglądać kobiety rodzące odkurzacze, telewizory plazmowe i inne dobra, powiedzmy, luksusowe. Reklama społeczna krzyczała pytaniem, co jeszcze potrzebujemy mieć, żeby było tego wystarczająco by jeszcze nie odeszło w zapomnienie. Miało to w zamyśle dać bezdzietnym parom do zrozumienia, że jednak "być" góruje nad "mieć". W rozważaniach zachodnich socjologów i psychologów często pojawia się ostatnio refleksja, że obecnie potomek staje się dobrem luksusowym (nie stać mnie na dziecko). Czy rzeczywiście do tego doszło? Z badań przeprowadzonych w Polsce wynika, że choć liczba zwolenników bezdzietności rośnie, to ich podstawowym motywem jest niekorzystna sytuacja ekonomiczna: złe warunki mieszkaniowe, w przypadku kobiety- obawa przed możliwością utraty pracy oraz brak realnej polityki wspierającej rodzinę w naszym kraju. A więc jednak strona materialna bierze górę.
Ludzie często kojarzą rodzicielstwo z poświęceniem. Wydaje im się, że kiedy staną się matką i ojcem przestaną być kobietą i mężczyzną. Być może tak właśnie wyglądali ich rodzice, może byli tylko rodzicami, tylko dla swoich dzieci. Nie mieli prywatności, chwil tylko dla siebie. Nie było między nimi przyjemności. Trzeba zrozumieć, że młodzi mogą się tego bać. Podobnie jak bohaterowie "Autorek" Elfride Jelinek nie wiedzą, że może być inaczej. Nikt im nie pokazał, że dziecko to nie tylko ?mały potwór?, który wciąż czegoś od nas chce, tylko zabierając i nie dając nic w zamian. Jeśli dziewczynka pamięta swoją matkę jako kobietę umęczoną, która nie miała dla siebie czasu, to musi się bać, że spotka ją to samo. A jeszcze gorzej, jeśli kiedyś w życiu usłyszała: poświęciłam się dla ciebie, zrezygnowałam z czegoś, żeby dać tobie
Jeszcze nie
Kasia i Tomek
Przypomnijmy, pierwszymi dinksami, którzy pojawili się w zbiorowej świadomości Polaków byli Kasia i Tomek - bohaterowie popularnego kilka lat temu serialu. Warto zauważyć, że para nie ma dzieci i, uwaga, jest bardzo szczęśliwa. Pracują, bawią się, spełniają swoje marzenia. Są po prostu zadowoleni z życia. Kasia po trzydziestce zaczyna studiować seksuologię. Tomek, jak przystało na bogatego, warszawskiego yuppie, po pracy gra w squash?a. Do tego obrazka nie pasuje małe dziecko, które rządzi w domu, wymaga, potrzebuje, zabiera czas. Oboje mają już swoje lata. Kasia coraz bardziej odczuwa, że szczyt jej prokreacyjnych możliwości powoli mija. Ale zawsze jest jakieś jeszcze nie. Jeszcze nie mamy tego, jeszcze nie mamy tamtego, jeszcze się nie wyszumieliśmy, jeszcze nie zbudowaliśmy domu, jeszcze, jeszcze.
Zarobione pieniądze wydają lekką ręką. Spora część odcinków serialu kręcona jest na zakupach w centrach handlowych, przecież nie w osiedlowym warzywniaku. Kupują nie tylko przedmioty, chętnie wydają też na różnego rodzaju usługi. Wyjeżdżają na wspólne weekendy do SPA, uczą się gotować na kursach, poznają tajniki medytacyjne, zaliczają też kursy dla kiperów. Właściwie trudno znaleźć coś, czego razem nie robią.
Krytycy serialu mówili, że Kasia i Tomek to leniwi, wygodni egocentrycy. Niektórzy nawet twierdzą, że ten styl życia to efekt niedojrzałości emocjonalnej i społecznej. Żeby już nikt nie pytał, żeby nie trzeba było się tłumaczyć. Oni również stawiają na hasło: Teraz MY! Są książkowym przykładem dinksów.
- Mówią: jeszcze nie. Ale na pewno dla każdego z nich to "jeszcze" to zupełnie inny odstęp czasu. Pewnie, para może się dogadać, że jeszcze nie czas na rozmowy o dziecku. Mogą też ustalić, że nie chcą ich mieć w ogóle. Ale to MUSI być powiedziane jasno i wprost. Może się bowiem okazać, że za jakiś czas jedno z nich zmieni zdanie. Co wtedy? Pojawia się problem. Potrzeba posiadania dziecka, zostania rodzicem bywa silniejsza niż więzy miłości..
Samorealizacja bez pieluch
Świadoma rezygnacja z posiadania potomstwa to wybór pewnego stylu życia. Stereotypowe opinie głoszą, że bezdzietni z wyboru nie lubią dzieci, tymczasem brakuje na ten temat wiarygodnych badań. Warto wspomnieć, że na bezdzietność decydują się także osoby prezentujące specyficzną, altruistyczną postawę wobec świata: nie chcą mieć potomstwa ze względu na przeludnienie czy problemy ekologiczne (patrz: www.overpopulation.org). Na forach nie brak więc i takich wpisów: "Posiadanie własnych dzieci, gdy tyle ich czeka w sierocińcach, to skrajny egoizm!".
W Polsce liczba bezdzietnych, młodych małżeństw lawinowo rośnie. I to nie dlatego, że dręczy je bezpłodność. Życie tylko we dwoje to ich świadoma decyzja. Dzisiaj nie przymusza się kobiet w sposób zdecydowany do realizacji zadań prokreacyjnych, jak to miało miejsce we wcześniejszych epokach. Jeśli odwołamy się do stawianych przez socjologów ekonomicznych teorii płodności możemy zauważyć, że obecnie liczba posiadanych dzieci nie jest już związana ze sprawnością ekonomiczną. Wyraźnie widać też, że rolą kobiety nie jest jedynie wykonywanie nieodpłatnych funkcji usługowo-konsumpcyjnych na rzecz rodziny, a jeśli tak - to coraz więcej będzie kobiet, które zdecydują się na wybór innych ról niż tylko rolę macierzyńską. Następuje wyraźne przeorientowanie młodych kobiet na cele edukacyjne i zawodowe coraz bardziej ważne m.in. dla tych kobiet, które zauważają ekonomiczne korzyści z bezdzietności. Dobrowolnie bezdzietni chcą, aby najbliższe otoczenie przestało wtrącać się w ich osobiste sprawy, a społeczeństwo nie wpędzało ich w poczucie winy. Domagają się uznania ich prawa do wyboru. W Stanach Zjednoczonych "wolni od dzieci" idą nawet dalej zarzucają własnemu państwu, że ich dyskryminuje, a niektórzy stwierdzają wręcz, iż dotyka ich społeczne wykluczenie. Stowarzyszają się i żądają równouprawnienia, ponieważ trudno im żyć w kulturze "dzieciocentrycznej", faworyzującej model rodzice plus potomstwo. Chodzi im nie tylko o podatkowe przywileje dla rodzin, ale także o sprawiedliwy podział obowiązków w miejscu pracy. Ciężarne kobiety dostają lepsze miejsca parkingowe, matki urlopy wychowawcze, a od nas oczekuje się, że będziemy zostawały po godzinach oburzają się na jednym z forów dyskusyjnych. Pojawiają się jednak i takie głosy jak ten Joanny: Moje życie i życie każdego człowieka ma o wiele większy sens niż redukowanie go do samego macierzyństwa! To jakiś absurd i nieporozumienie! Myślę, że tylko ludzie nie mający pomysłu na swoje własne życie, nie umiejący dobrze żyć, upatrują w rodzicielstwie swoje życiowe powołanie. Ja mam dziecko, kochane i wspaniałe, ale na pewno nie powiedziałabym, żeby fakt, że je mam stanowi o sensie mojego życia! Bycie rodzicem to tylko jeden z etapów mojego życia, ale na pewno nie jego sens!





